"The Heirs" jako koreańska "Plotkara"...?




The Heirs”, dwudziestoodcinkowy serial opowiadający o losach zamożnej rodziny wiodącej sielankowe życie, w które nieoczekiwanie wkracza dziewczyna z niższych sfer to ostatnia wielka produkcja koreańskiej telewizji. Siedząc już tak długo w temacie koreańskiego showbiznesu, nie sposób nie zauważyć, że praktycznie wszyscy pasjonaci zwariowali ostatnio na punkcie tej serii. Zostałam zewsząd zarzucona masą pozytywnych opinii, moi znajomi wychwalali ją pod niebiosa, wymieniając się między sobą uwagami i rozładowując emocje dotyczące fabuły („A pamiętasz ten moment, jak…” „Ale najlepsze było kiedy…” „To była dobra akcja, gdy…”) i koniec końców nie miałam wyjścia, jak tylko na własnej skórze przekonać się o co tyle szumu.

Nie da się ukryć, lubię oglądać dramy, jak już niejednokrotnie wspomniałam we wcześniejszym poście, który całkowicie im poświęciłam. Niestety od czasów wakacji i mojego ukochanego „For You In Full Blossom” nie udało mi się znaleźć niczego, co nawet w połowie wciągnęłoby mnie tak bardzo. Zazwyczaj rezygnowałam już przy piątym, szóstym odcinku, nie mogąc znieść fabuły, sztuczności gry aktorskiej, lub zaskakującej głupoty głównej bohaterki (to ostatnie zdarzało mi się chyba najczęściej…). Powodem, dla którego postanowiłam dać szansę „The Heirs” była przede wszystkim niesamowita popularność, jaką ten niby niczym nie wyróżniający się serial zdobył w ciągu tak krótkiego okresu czasu. Nie rozumiałam, dlaczego wszyscy wokół mnie nagle stracili głowy i zamieniali się w szalejących z zachwytu fanów produkcji, chociaż już na początku przypuszczałam, co może być tego główną przyczyną. W rolę jednej z najważniejszych postaci, Kim Tana wcielił się bowiem po raz kolejny niezastąpiony Lee Minho, czyli jeden z najsławniejszych, młodych, koreańskich aktorów, tamtejsze bożyszcze nastolatek. Oglądałam już wcześniej kilka dram, gdzie grał najczęściej główne role (w tym absolutny klasyk - „Boys Over Flovers”, a także „Personal Taste” czy „City Hunter”) i może jestem odstępstwem od reguły, ale w żadnej z nich nie powalił mnie swoimi niesamowitymi umiejętnościami aktorskimi. Owszem, nie można na nic narzekać, jeśli chodzi o jego aparycję, ale sto razy bardziej wolę Jang Geun Suka, który już nie raz udowodnił, że naprawdę potrafi dać z siebie wszystko i podbił moje serce jak nikt inny (w chociażby „You’re Beautiful”, która jest moją drugą ulubioną dramą).

Wracając jednak do „The Heirs”, bo na tym chciałabym się skupić w dzisiejszym poście. Namówiona przez znajomych i zachęcona tym, że wreszcie udało mi się zdobyć trochę czasu, siadłam i włączyłam pierwszy odcinek. Zaczęło się spokojnie, ale jednocześnie oryginalnie, czym byłam mile zaskoczona. Zamiast koreańskiego krajobrazu moim oczom ukazała się słoneczna, kalifornijska plaża, na której grupa nastolatków spędza czas, surfując oraz grając w siatkówkę. Jest wśród nich oczywiście wymieniony wyżej główny bohater, Kim Tan, posługujący się łamaną angielszczyzną w rozmowie z tamtejszymi przyjaciółmi. Byłam zaintrygowana, bo jak to, akcja nie będzie rozgrywać się w Korei? A to nowość. Jednak po chwili cała zagadka się wyjaśniła - Kim Tan zostaje "wygnany" przez swoją własną rodzinę z domu, w którym dorastał, w zamian za to dostając szansę studiowania za granicą, gdzie całkiem nieźle mu się powodzi. Ogromny, luksusowy dom, najlepszy uniwersytet, beztroska bez jakiegokolwiek nadzoru – żyć, nie umierać, a jednak Tan nadal nie jest w pełni zadowolony. Chce za wszelką cenę wrócić w swoje rodzinne strony i nieoczekiwanie nadarza mu się ku temu dobra okazja.

Eun Sang (Park Shin Hye), osiemnastolatka bez grosza przy duszy, prosta, bardzo pracowita dziewczyna z wielkim zapałem, mieszka razem z matką – niemową i obie ledwo wiążą koniec z końcem. W sekrecie przed rodzicielką Eun Sang postanawia wybrać się do Ameryki, by prosić swoją mieszkającą tam siostrę o jakieś finansowe wsparcie. Kiedy jednak przybywa na miejsce, przeżywa ogromny zawód, ponieważ jej siostra okazuje się oszustką i bankrutką. Los jednak uśmiecha się do dziewczyny i pcha ją prosto w ramiona bogatego, znudzonego swoim do bólu idealnym życiem Kim Tana, a ten z ochotą oferuje jej pomoc. Wtedy zaczyna się prawdziwa akcja, wzloty i upadki relacji tej dwójki pochodzących z zupełnie różnych klas społecznych i całkowicie inaczej wychowanych ludzi.
Później następuje wiele zaskakujących jak i mniej zaskakujących zwrotów akcji, pojawiają się różnorodni bohaterowie, jak choćby Rachel - rozkapryszona narzeczona Kim Tana, Choi Young Do (mój absolutny faworyt z całego serialu, Kim Woobin moim zdaniem odwalił kawał dobrej roboty, wcielając się w czarny charakter) oraz Bo Na, kolejna rywalka Eun Sang, grana przez Krystal, wokalistkę sławnego zespołu kpopowego f(x). Całość jest dość zgrabnie wpleciona w realia społeczeństwa arystokratów z otoczką bogatą w zdrady, romanse, oraz różne dziwne powiązania rodzinne i nie tylko krewnych Kim Tana.

Serial przypominał mi trochę dużo łagodniejszą wersję amerykańskiej „Plotkary” (Eun Sang to świetny materiał na Dana, Kim Tan od biedy mógłby zostać porównany do Sereny van der Woodsen, a Young Do – Chuck, tak, Chuck! ♥), ale jednak wiele mu brakowało do rangi tej znanej produkcji. Na pewno „The Heirs” jest ciekawą odskocznią od powtarzającego się w dramach non stop, spranego już schematu. Ta seria wprowadza widoczną świeżość i potrafi wciągnąć. Na pewno został na nią też poświęcony spory budżet. Jedyne, do czego muszę się przyczepić, to – jak zwykle – zachowanie głównej bohaterki, które czasem doprowadzało mnie do szału, bo nie dało się go wyjaśnić żadnym prawem logiki. Cóż, na pewno mogę polecić ten serial wszystkim fanom Lee Minho, ponieważ naprawdę zyskał on w moich oczach. Jest to z całą pewnością pozycja, której warto dać szansę.







Zabawna ta "drama"...





Dzisiaj będzie filmowo, a może raczej dramowo, bo tak się śmiesznie składa, że terminem "drama" określa się w Azji prawie każdy serial i nieważne, czy jest to rzeczywiście dramat, komedia, romans czy może kryminał. Sama na początku tego nie rozumiałam i nie fascynowałam się jakoś specjalnie koreańskim czy też japońskim kinem, więc nie ciągnęło mnie do tego, ale z czasem przekonałam się, że dramy to świetna alternatywa dla amerykańskich filmów i seriali, chociaż gra aktorska i rzadko kiedy naprawdę oryginalna fabuła to coś, do czego trzeba się po prostu przekonać. W każdym razie polecam zainteresować się którymkolwiek z podanych niżej tytułów każdemu, kto ma ochotę się zrelaksować po ciężkim tygodniu, czy chociaż na chwilę "wyłączyć mózg". Nie twierdzę oczywiście, że dramy są głupie, nie, to nie tak! Sama bardzo lubię oglądać je w wolnym czasie, ale sądzę, że ktoś, kto preferuje ambitniejsze filmy może nie być do końca zadowolony. Większość dram to komedie romantyczne i bardzo często ich twórcy powtarzają ten sam schemat, jeśli chodzi o fabułę - biedna dziewczyna i bogaty chłopak, którzy z początku za sobą nie przepadają, ale w końcu okoliczności doprowadzają do tego, że zakochują się w sobie i muszą razem stawić czoła mnożącym się jak grzyby po deszczu problemom. Oczywiście zawsze musi pojawić się "ta trzecia", bohaterka, której po prostu nie da się lubić, ale która finałowo okaże się nie taka zła. Brzmi znajomo, prawda...?
Tak, dramy naprawdę bardzo przypominają akcję zawikłanych serialów, do których ja osobiście nie mam i chyba nigdy nie będę miała przekonania. Dlaczego więc mimo to polubiłam dramy, a niektóre z nich mogę oglądać nawet po kilka razy i nadal mnie bawią, relaksują, czasami wyciskają łzy? Sama nie wiem, jaka jest odpowiedź na to pytanie! Być może bardzo prosta - kocham Azję i kocham wszystko, co z nią związane. Ale do tego dochodzi jeszcze niepowtarzalny klimat, który zawsze wspaniale ukazują właśnie filmy z tamtych stron i dramy, oraz niesamowici aktorzy, którzy bezbłędnie umieją odegrać role czasami mocno przerysowanych bohaterów.

Warto także wspomnieć w tym temacie o genialnej muzyce, która zawsze idealnie dopełnia nastrój i jest specjalnie tworzona na potrzeby fabuły. Soundtrack lub OST to coś wspaniałego. Z bardzo popularnej dramy "City Hunter" pochodzi także moja ulubiona ballada "Suddenly".




Na pierwszy ogień pójdzie chyba "For You in Full Blossom", znana również pod innym tytułem - "To The Beautiful You" koreańska drama, która jest niczym innym, jak tylko młodzieżowym serialem, trochę komedią, trochę dramatem. Takim miksem gatunków. Jest to zdecydowanie moja ukochana i chyba właściwie jedyna, którą mogłabym oglądać w kółko bez cienia znudzenia (sądzę, że może mieć z tym coś wspólnego grający głównego bohatera, Kang Tae Joona Choi Minho, raper zespołu SHINee, o którym wspominałam w poprzednim poście. Cóż...).


Nie będę się może rozpisywać na temat fabuły, która jest, jak już wspomniałam wcześniej, dosyć schematyczna, ale z całego serca polecam ten serial każdemu początkującemu fanowi Azji. Do tej pory pokazałam "For You In Full Blossom" kilku osobom zupełnie nie zainteresowanym Koreą i nastawionych z początku bardzo sceptycznie. Nawet one musiały w końcu zmienić zdanie. O samej historii powiem krótko - opowiada ona o losach Jae Hee, dziewczyny, która w przebraniu chłopaka zapisuje się do męskiej szkoły, gdzie uczęszcza jej idol, Tae Joon. Chłopak był niegdyś wspaniałym sportowcem, skoczkiem, który miał wszystko. W wyniku kontuzji musiał całkiem zrezygnować ze swojej pasji i stał się przez to zupełnie innym człowiekiem, który całkiem stracił wiarę w siebie. Jak się można łatwo domyślić, Jae Hee i reszta przyjaciół pomagają mu wyjść z depresji i przekonać do tego, że mimo wszystko nie powinien się poddawać. Nie przeczę, że to trochę przewidywalne, ale jakimś cudem śledzenie perypetii bohaterów jest świetną zabawą i nieraz wywołało to u mnie atak śmiechu lub płaczu. Naprawdę! Poza tym muzyka stworzona do soundtracku jest magiczna! ♥ Postaci są tak sympatyczne, że nie sposób się nie nich nie przywiązać i każda z nich niesie ze sobą jakieś przesłanie, którym zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie.





Wspomnę o jeszcze kilku tytułach, które również mnie urzekły, chociaż przyznam się, że większości z nich nie obejrzałam do końca. Na uwagę zasługuje "You're Beautiful" z genialnymi Jang Geun Sukiem i Park Shin Hye (obydwoje są również muzykami, a soundtrack z tego serialu został w większości stworzony właśnie przez nich!). Z kolei "Boys Over Flowers" to tytuł, o którym słyszał chyba każdy, kto kiedykolwiek miał styczność z koreańskim kinem, bo to prawdopodobnie najpopularniejsza z dram (nie obejrzałam jej, wstyd...), gdzie w główną rolę wciela się Lee Minho, aktor znany również z "Personal Taste", "City Hunter" i aktualnie emitowanego "Heirs".



[Jang Geun Suk]


[Lee Minho]


[Park Shin Hye]

Jeśli chodzi natomiast o filmy, to osobiście wolę japońskie, ale to chyba dlatego, że koreańskich za wiele nie widziałam. Uwielbiam i polecam "My Rainy Days" oraz "Dear Friends" - to te zdecydowanie ambitniejsze, dla bardziej wymagających odbiorców. Obydwa to dramaty, dosyć drastyczne i kontrowersyjne, ale mówiące o problemach, które mogą dotknąć każdego. Szczególnie mam tu na myśli drugi z nich, "Dear Friends", gdzie lepiej mieć przy sobie paczkę chusteczek, bo wyjątkowo łatwo się wzruszyć, jak i zszokować. Keiko Kitagawa, aktorka i modelka odtwarzająca rolę Riny zagrała także w "Paradise Kiss", który jest lekkim romansem i do którego wciąż mam sentyment.
A dla fanów fantastyki też się coś znajdzie. "Werewolf Boys" może z początku wydawać się kolejnym "Zmierzchem", ale nie do końca tak jest. To bardzo smutna historia zaczynająca się w momencie, gdy główna bohaterka jest już kobietą w podeszłym wieku i wspomina niezwykłe zjawiska, jakich była świadkiem w młodości. Tutaj szczególnie łatwo odczuć klimat i atmosferę dawnej Korei.




Do napisania! ♥

Lśniący chłopcy - SHINee

"Ucieknij, jeśli nie chcesz się we mnie zakochać,
sprzedaj swą zepsutą duszę"
 - SHINeeSpoiler




Dzisiaj znowu będzie o k-popie, a raczej o jednym, konkretnym k-popowym zespole, od jakiego zaczęła się cała moja miłość do tego rodzaju muzyki, która później płynnie przeszła w miłość do kultury, obyczajów, mody i sztuki Korei Południowej. To zaczęło się ponad trzy lata temu, w wakacje, na obozie językowym. Dobrze pamiętam ten wyjazd, bo naprawdę nie chciałam na niego jechać, ale mój tata był nieustępliwy. Teraz, kiedy to wspominam, cieszę się, że mogłam się na nim znaleźć, bo gdyby nie ten obóz, długo jeszcze nie znałabym k-popu. Być może poznałabym go jakiś czas później, ale czy wtedy tak samo by mnie zauroczył? W każdym razie na tym właśnie obozie dostałam pokój z rok ode mnie starszą dziewczyną, Julką. Miała torbę z obrazkiem z jakiegoś anime i to była pierwsza rzecz, o jakiej zaczęłyśmy rozmawiać, bo już wtedy powoli wkraczałam w świat Azji i zaczynałam dostrzegać, jak wielu ludzi również się tym interesuje. Od razu złapałyśmy wspólny język, po kilku dniach byłyśmy już nierozłączne. Zauważyłam, że słuchała jakiejś dziwnej muzyki, piosenki były śpiewane w nieznanym mi języku, ale z góry założyłam, że to japoński. Spytałam ją o to. Wtedy puściła mi kilka utworów, wymieniając z entuzjazmem nazwy swoich ukochanych zespołów oraz wszystkich ich członków ("SuJu ma ich aż dwunastu!" - można sobie wyobrazić moją minę, kiedy jak z karabinu maszynowego wyrecytowała imię i nazwisko każdego z nich). Włączała mi po kolej Super Junior, 2NE1, BigBang... W naszym pokoju zawsze było głośno a mnie coraz bardziej podobały się te łatwo wpadające w ucho piosenki, mimo, że kompletnie nie rozumiałam słów. I w końcu przyszedł czas na coś, co ostatecznie sprawiło, że przepadłam w tym nowym jeszcze dla mnie świecie k-popu. SHINee.

SHINee, którego nazywa pochodzi od angielskiego słówka "shine", czyli świecić, lśnić, błyszczeć, to koreański boysband, grupa składająca się z pięciu chłopców, pięciu różnych osobowości i stylów. Może właśnie dlatego tak bardzo zżyłam się z nimi od tamtego czasu - zupełnie odmienne charaktery, każdy z nich wnosi coś innego do tego zespołu, każdy ma w sobie jakąś pozytywną energię. Nie wyobrażam sobie, by można było nie lubić nawet jednego z nich i dlatego dużo czasu zabrało mi wybranie swojego faworyta. Na początku był to Lee Taemin, najmłodszy, czyli maknae, główny tancerz, w którym urzekła mnie nie tylko jego pracowitość i trud, jaki wkładał w taniec i śpiew, ale też jego urocza nieśmiałość. Starsi członkowie zespołu opiekowali się nim i dbali o niego niczym prawdziwa rodzina, byli idealnymi hyungami, jak w Korei chłopcy nazywają na znak szacunku starszych braci czy kolegów. Taemin lśnił na scenie za każdym razem, gdy się na niej pojawiał i do tej pory czuję dumę, że mogłam śledzić jego drogę do perfekcji przez te trzy lata, w ciągu których tak bardzo się zmienił i wydoroślał.
Obecnie moim faworytem jest Choi Minho, pełniący funkcję rapera, ale do Taemina nadal mam wielki sentyment. Pozostała trójka podobnie. Każdy z nich jest oryginalny i niepowtarzalny, gdyby zabrakło choć jednego, SHINee nie mogłoby istnieć.



Kim Jonghyun (główny wokal), Kim Kibum "Key" (raper)


Lee Jinki "Onew" (lider, wokal), Lee Taemin (główny tancerz)


Choi Minho (raper)

Zespół zadebiutował w 2008 roku, a wypromowany został przez jedną z największych wytwórni SM Entertainment (z tej samej wytwórni pochodzą także Super Junior, Girls Generation, f(x) oraz EXO). Pierwsza piosenka nosiła tytuł "Replay", zdobywając wiele nagród oraz przychylnych opinii. Potem przyszedł czas na dwa minialbumy - "ROMEO" i "The Year Of Us" (2009). W 2010 roku chłopcy powrócili z kolejnymi albumami i teledyskami promującymi tytułowe piosenki - "Lucyfer" oraz "Hello". Rok później odbyła się trasa koncertowa SHINee, podczas której grupa zadebiutowała w Japonii, z kolej w 2012 roku wydany został "Sherlock" oraz miała miejsce kolejna azjatycka trasa koncertowa. W późniejszych latach aż do dzisiaj wypromowanych zostało mnóstwo wspaniałych singli wraz z teledyskami zarówno w wersji koreańskiej, jak i japońskiej. Albumy "Dream Girl" oraz "Why so serious?" powstały już w 2013 roku i sprzedały się w olbrzymim nakładzie egzemplarzy.






W międzyczasie członkowie zespołu brali udział w licznych projektach grupowych oraz indywidualnych, występowali w programach oraz sami je tworzyli, grali w serialach (Minho zagrał w mojej ulubionej koreańskiej serii, kilkunastoodcinkowej dramie "For You In Full Blossom" oraz w serialu kryminalnym "Salamander Guru and The Shadows", obecnie pracuje natomiast na planie "Medical Top Team", a Taemin występuje w programie "We Got Married" razem z Naeun, wokalistką girlsbandu A-Pink).

Jako zespół stworzyli coś niepowtarzalnego i mimo, że nie wszyscy k-poperzy podziwiają ich w takim stopniu, to dla mnie zawsze pozostaną ulubioną grupą, nawet nie ze względu na samą muzykę ale to, w jaki sposób kreują swój wizerunek na tle innych zespołów, dzięki czemu nigdy nie zostają pominięci. Fandom SHINee to Shawols, a więc mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem Shawolem z krwi i kości!



K-pop, czyli koreańska nuta ♥


"Powiedz mi, jakiej muzyki słuchasz, a powiem Ci, kim jesteś."




Ludzie słuchają różnej muzyki - od metalu po rock, przez wszelkie możliwe odmiany i gatunki. Niektórzy wolą klasyki, inni nowoczesne hity, które górują na listach przebojów i nieraz można usłyszeć w radiu ich brzmienie. Zanim jeszcze zaczęłam zagłębiać się w azjatyckie klimaty, słuchałam praktycznie wszystkiego, co wpadło mi w ucho i nigdy nie miałam jednego, ulubionego zespołu czy gatunku muzycznego. Po prostu w moich słuchawkach zawsze musiało rozbrzmiewać coś adekwatnego do mojego aktualnego nastroju, bo muzyka zawsze była dla mnie bardzo ważna. Traktowałam ją jako coś relaksującego, uspokajającego, czasami odwzorowującego moje emocje. Nigdy jednak nie ograniczałam się do jednego gatunku i nadal tego nie robię, bo wciąż zdarza mi się posłuchać "zwykłej" muzyki. Kojarzę zarówno klasyki, jak i najnowsze hity, ale...
No właśnie, ale. Tym niewielkim "ale" jest tutaj wciąż niezbyt popularny, raczej mało znany i często pomijany rodzaj muzyki, w którym zakochałam się około dwa lata temu i dosłownie przepadłam w świecie oryginalnych, wyróżniających się zespołów, wpadających w ucho piosenek oraz artystów i wytwórni, które je promują. Ale może po kolei, bo wiele osób wciąż jeszcze nie wie, czym właściwie jest k-pop, co sprawia, że tak bardzo różni się od innych gatunków muzycznych i dlaczego jest taki wyjątkowy, a wierzcie mi na słowo - jest wyjątkowy i oryginalny z pewnością, mimo, że oczywiście nie każdemu się spodoba.


K-pop, czyli dokładniej mówiąc "korean pop", powstały, jak sama nazwa wskazuje, właśnie w Korei Południowej, łączy w sobie wiele różnych elementów muzycznych, nigdy nie zamyka się w jednym stylu, przez co może przyjmować różne formy - reprezentuje zarówno ballady jak i mocniejsze brzmienia, słowem - nie sposób się nudzić, słuchając tego typu muzyki. K-pop łączy w sobie hip-hop, electropop, dance, rock i wiele innych rodzajów, zachowując dzięki temu pełną różnorodność. Piosenki wykonywane są zazwyczaj przez kilku -, lub kilkunasto - (!) osobowe zespoły, głównie boysbandy i girlsbandy, czyli takie, w których skład wchodzą wyłącznie mężczyźni, lub wyłącznie kobiety, nie ma grup mieszanych. Oczywiście na koreańskiej scenie pojawia się również wielu wokalistów, którzy podążają solową karierą, lub są członkami zespołu, ale nagrywają indywidualne albumy, w ten sposób zyskując większą popularność. Zarówno grupy k-popowe jak i soliści są zazwyczaj bardzo długo przygotowywani i trenowani, by w końcu zadebiutować i jest to jeden z tych aspektów k-popu, o których większość ludzi nie ma pojęcia, a za które ja między innymi tak bardzo podziwiam koreańskich wykonawców. Tam nic nie dostaje się za darmo, do wszystkiego trzeba dojść przez ciężką pracę i lata morderczego treningu, sam talent czy dobre chęci nie wystarczą. To zdecydowanie odróżnia artystów od amerykańskich piosenkarzy, którzy, mimo, że na pewno też wiele ćwiczyli, nigdy chyba nie stanęli przed tak wyczerpującym zadaniem, jaki stawiają przed młodymi koreańskimi gwiazdami wytwórnie. To właśnie one opiekują się ich karierą, wcześniej solidnie ich do niej przygotowując. Jeden z moich idoli, lider zdobywającego ostatnio coraz większą popularność boysbandu EXO - Kim Junmyeon znany pod scenicznym imieniem Suho, trenował w wytwórni SM Entertainment przez całe sześć lat, by w końcu zadebiutować! To nie byle jaki wyczyn, bo wytwórnie nie uczą tylko jak śpiewać. Uczą również jak tańczyć, jak się poruszać, jak mówić i czego nie mówić, co wolno i czego absolutnie nie wolno robić, stojąc w świetle reflektorów.
Jak widać, młodzi artyści nie mają w Korei najłatwiejszego życia, a rzeczywistość jest czasem zdecydowanie mniej kolorowa, jak może wydawać się nam, fanom.


Teksty piosenek są oczywiście śpiewane po koreańsku, można jednak bez trudu wyłapać angielskie wstawki, dzięki którym tekst jest bardziej urozmaicony, chwytliwy, niebanalny. Melodia i rytm również wpadają w ucho niemal natychmiast i potem ciężko jest się od nich uwolnić - ja osobiście odczułam to bardzo dotkliwie po pierwszym przesłuchaniu piosenki Block B - "Nilili Mambo", którą nuciłam potem pod nosem przez kilka tygodni i za nic nie chciała mi ona wyjść z głowy!




No dobrze, ale k-pop to nie tylko muzyka i tu właśnie zaczynają się schody! To jeden z niewielu gatunków muzycznych, które doczekały się swojej własnej subkultury - fani z całego świata traktują swoich idoli nie jak zwykłych artystów muzycznych, ale jak kogoś, z kogo mogą czerpać przykład i brać wzór, zarówno w stylu jak i w zachowaniu, czy przekonaniach. Osobiście sama często inspiruję się swoimi idolami, zwłaszcza w kwestii mody, ponieważ uwielbiam ich styl i stroje, jakie noszą zależnie od konceptu, który właśnie promują. To naprawdę wspaniałe, bo dzięki temu czuję się oryginalna, wiem, że jest coś, co wyróżnia mnie z tłumu, nawet, jeśli nie wszystkim się to podoba.
Tak, spotkałam się już kilka razy z krzywymi spojrzeniami, nawet ze strony moich bliskich znajomych, którzy nie potrafią wyobrazić sobie, jak coś takiego może mnie interesować. Hm, jak widać może i to wcale nie jest takie dziwne, dlatego wychodzę z założenia, że po prostu istnieją różne gusta i typy ludzi.

Co do moich ukochanych zespołów i artystów, poświęcę im szczegółowo całą następną notkę, teraz chciałabym tylko je wymienić i może zamieścić kilka moich absolutnie ulubionych piosenek, do których chyba zawsze będę mieć słabość.

Na pierwszy ogień idzie oczywiście SHINee, zespół składający się z pięciu chłopców, właściwie pierwsza k-popowa grupa, którą poznałam i do której zawsze będę mieć sentyment. Oto "Breaking News", jedna z moich ulubionych piosenek.




Tu z kolei nieco inny klimat i zupełnie inny koncept, a przy tym chyba najbardziej rozbudowany teledysk, przedstawiający całą historię, dzięki której magia EXO jeszcze bardziej przemawia do odbiorcy. "Mama".




I na koniec moja ulubiona solistka, którą podziwiam przede wszystkim za to, że udało jej się osiągnąć tak wiele już w tak młodym wieku (Lee Hi ma teraz 17 lat, czyli jest moją rówieśniczką) - "Rose".




Dziękuję za przeczytanie i do następnego posta!

Na dobry początek z Azją.




A więc staję przed nowym wyzwaniem. Blog tematyczny. Nad samym "tematem" nie musiałam długo myśleć, w końcu najlepiej było wybrać coś, czym naprawdę się interesuję, co mnie porusza, fascynuje, przyciąga i sprawia, że moje życie nigdy nie jest nudne. Azja. Jedno słowo, kontynent, tak bardzo od nas oddalony, taki niedostępny i będący dla mnie od zawsze czymś intrygującym, odległym, jak marzenie, które mam nadzieję, że kiedyś uda mi się spełnić. Azja to obszerny temat, mogę więc pisać o wszystkim, co jest z nią związane, bo wszystko, co kojarzy mi się z Azją jest niesamowite.
Kultura, tradycje, muzyka, film, jedzenie, moda, zabytki... To wszystko składa się na jeden niepowtarzalny klimat, egzotyczny i bardzo odrębny. Jejku, sama nie wiem, od czego powinnam zacząć! To chyba z jednej strony dobrze, nie muszę się martwić, że wyczerpią mi się tematy...
Azja to dla niektórych kraj jak każdy inny, dla jednych bardziej interesujący, dla drugich mniej. Dla mnie to jest coś o wiele więcej. Czasami lubię myśleć, że powiążę z tym swoją przyszłość, będę miała okazję pojechać tam i na własne oczy zobaczyć to, co mnie tak do siebie przyciąga. Zaczęło się od Japonii, teraz moja fascynacja obejmuje już prawie cały kontynent. Korea, Chiny, Indie, Tajwan... Dzięki temu poznałam tyle wspaniałych rzeczy, a także ludzi, którzy podzielają moją pasję, rozwinęłam swoje własne umiejętności... Zyskałam tak wiele, że czasami nawet nie mogę w to uwierzyć i nie wyobrażam sobie życia bez tego wszystkiego, a teraz mam zamiar podzielić się tutaj swoimi największymi zainteresowaniami.

To tak tytułem wstępu, jeśli chodzi o tematykę tego bloga i przybliżenie tego, o czym będę tutaj pisać i dlaczego właśnie to wybrałam. Teraz mam pustkę w głowie, mimo, że pomysłów na notkę mi nie brakuje. Może zacznę od Japonii, bo to właśnie od niej wszystko się dla mnie zaczęło.
Tak jak zapewne wszyscy się domyślają, powodem była manga i anime. Wiem dobrze, jak ludzie zazwyczaj reagują, słysząc te dwa słowa, bo pamiętam, jak ja sama zareagowałam, kiedy w pierwszej klasie gimnazjum koleżanka opowiadała mi o tym, przekonywała, że to naprawdę coś niezwykłego i namawiała do zobaczenia na własnej skórze, co w tym takiego ciekawego. Byłam nastawiona bardzo sceptycznie. No bo przecież to tylko jakieś „chińskie bajeczki” z wielkookimi postaciami o dziwnych imionach, które tak ciężko jest zapamiętać. „To przecież dla dzieci.” „Komiksy które czyta się od tyłu? Bez sensu.” Tak właśnie myślałam, kiedy włączałam swoje pierwsze w życiu anime, o którym wiedziałam, że naprawdę było to anime (pomijam „Pokemony” czy „Naruto” oglądane w dzieciństwie, bo wtedy nawet jeszcze nie znałam tego fachowej nazwy).
Z początku miałam trudności z rozróżnieniem mangi od anime, dla mnie to było jedno i to samo. Dopiero potem zrozumiałam, że manga to komiks do czytania, a anime to rysunkowy serial, najczęściej wieloodcinkowy. Wtedy trochę bardziej zaczęło mi się rozjaśniać w głowie. No dobrze.  Chyba nic mi się nie stanie, jeśli obejrzę jeden odcinek…
Okazało się, że się myliłam. Stało się bardzo dużo.
Moim pierwszym anime było „Ouran High School Host Club”, zwyczajna komedia romantyczna, lekki obyczaj i myślę, że lepiej nie mogłam trafić. Fabuła nie była bardzo skomplikowana, opowiadała o elitarnej szkole w Japonii, gdzie przybywa zwyczajna, niepochodząca z bogatej rodziny dziewczyna, Haruhi, którą mylnie biorą tam za chłopaka. Zaprzyjaźnia się z grupą chłopców, tworzących w szkole elitarny klub i dołącza do nich, niekoniecznie z własnej woli. Później poznajemy bliżej resztę bohaterów, a każdy z nich ma bardzo rozbudowany, niepowtarzalny charakter, każdy daje się zapamiętać i polubić dzięki swojej oryginalności. Pojawia się także wątek romantyczny pomiędzy Haruhi a założycielem klubu, Tamakim, który jednak jest bardziej rozwinięty dopiero w mandze, na której podstawie opiera się serial.

Tym, co mnie oczarowało, nie była nawet sama fabuła, do której mimo wszystko mam wciąż ogromny sentyment. Urzekła mnie natomiast prześliczna kreska, pięknie narysowane postaci i dlatego też szybko potem sięgnęłam po mangi. Od zawsze uwielbiałam rysunek i wszystko co z nim związane, więc to przesądziło sprawę – podziwiam twórców mang i rysowników, którzy pracują nad powstawaniem całych serii. Dla kogoś, kto nie ma z tym styczności na co dzień może nie wydaje się to żadną wielką sztuką, ale ja uważam, że trzeba być naprawdę utalentowanym, by stworzyć coś takiego. Moje ukochane serie to między innymi „Kuroshitsuji”, „Durarara!!”, „Nana”, „Karneval”, „Pandora Hearts”… Jest ich bardzo dużo i to właśnie dzięki temu, dzięki mandze i anime powoli coraz bardziej zagłębiałam się w kulturę Japonii. Jeśli jednak chodzi o muzykę, zdecydowanie wolę koreańskie brzmienia, ale na to chyba potrzebuję już osobnego postu.

Na zakończenie tej notki wstępnej wstawiam tutaj dwa openingi*. Pierwszy pochodzi z anime „Karneval” - "Henai no Rondo", japońska piosenkę stworzona przez GRANRODEO która nieraz mnie inspirowała i wciąż zajmuje ważne miejsce na mojej playliście.
Drugi natomiast jest piosenką przewodnią wspomnianego przeze mnie w poście "Ourana" i nosi tytuł "Sakura Kiss".








*opening – zapoczątkowujący każdy odcinek fragment zapowiadający historię i przedstawiający jej bohaterów ze specjalnie stworzoną do niego muzyką.