„The Heirs”, dwudziestoodcinkowy serial opowiadający o
losach zamożnej rodziny wiodącej sielankowe życie, w które nieoczekiwanie wkracza
dziewczyna z niższych sfer to ostatnia wielka produkcja koreańskiej telewizji.
Siedząc już tak długo w temacie koreańskiego showbiznesu, nie sposób nie zauważyć,
że praktycznie wszyscy pasjonaci zwariowali ostatnio na punkcie tej serii.
Zostałam zewsząd zarzucona masą pozytywnych opinii, moi znajomi wychwalali ją
pod niebiosa, wymieniając się między sobą uwagami i rozładowując emocje
dotyczące fabuły („A pamiętasz ten moment, jak…” „Ale najlepsze było kiedy…” „To
była dobra akcja, gdy…”) i koniec końców nie miałam wyjścia, jak tylko na
własnej skórze przekonać się o co tyle szumu.
Nie da się ukryć, lubię oglądać dramy, jak już
niejednokrotnie wspomniałam we wcześniejszym poście, który całkowicie im
poświęciłam. Niestety od czasów wakacji i mojego ukochanego „For You
In Full Blossom” nie udało mi się znaleźć niczego, co nawet w połowie wciągnęłoby
mnie tak bardzo. Zazwyczaj rezygnowałam już przy piątym, szóstym odcinku, nie
mogąc znieść fabuły, sztuczności gry aktorskiej, lub zaskakującej głupoty
głównej bohaterki (to ostatnie zdarzało mi się chyba najczęściej…). Powodem,
dla którego postanowiłam dać szansę „The Heirs” była przede wszystkim
niesamowita popularność, jaką ten niby niczym nie wyróżniający się serial
zdobył w ciągu tak krótkiego okresu czasu. Nie rozumiałam, dlaczego wszyscy wokół mnie
nagle stracili głowy i zamieniali się w szalejących z zachwytu fanów produkcji,
chociaż już na początku przypuszczałam, co może być tego główną przyczyną. W
rolę jednej z najważniejszych postaci, Kim Tana wcielił się bowiem po raz
kolejny niezastąpiony Lee Minho, czyli jeden z najsławniejszych, młodych, koreańskich aktorów, tamtejsze bożyszcze nastolatek. Oglądałam już wcześniej
kilka dram, gdzie grał najczęściej główne role (w tym absolutny klasyk - „Boys
Over Flovers”, a także „Personal Taste” czy „City Hunter”) i może jestem
odstępstwem od reguły, ale w żadnej z nich nie powalił mnie swoimi
niesamowitymi umiejętnościami aktorskimi. Owszem, nie można na nic narzekać,
jeśli chodzi o jego aparycję, ale sto razy bardziej wolę Jang Geun Suka, który
już nie raz udowodnił, że naprawdę potrafi dać z siebie wszystko i podbił moje serce jak nikt inny (w chociażby „You’re Beautiful”,
która jest moją drugą ulubioną dramą).
Wracając jednak do „The Heirs”, bo na tym chciałabym się
skupić w dzisiejszym poście. Namówiona przez znajomych i zachęcona tym, że
wreszcie udało mi się zdobyć trochę czasu, siadłam i włączyłam pierwszy
odcinek. Zaczęło się spokojnie, ale jednocześnie oryginalnie, czym byłam mile
zaskoczona. Zamiast koreańskiego krajobrazu moim oczom ukazała się słoneczna,
kalifornijska plaża, na której grupa nastolatków spędza czas, surfując oraz
grając w siatkówkę. Jest wśród nich oczywiście wymieniony wyżej główny bohater,
Kim Tan, posługujący się łamaną angielszczyzną w rozmowie z tamtejszymi
przyjaciółmi. Byłam zaintrygowana, bo jak to, akcja nie będzie rozgrywać się w
Korei? A to nowość. Jednak po chwili cała zagadka się wyjaśniła - Kim Tan
zostaje "wygnany" przez swoją własną rodzinę z domu, w którym dorastał, w zamian
za to dostając szansę studiowania za granicą, gdzie całkiem nieźle mu się
powodzi. Ogromny, luksusowy dom, najlepszy uniwersytet, beztroska bez jakiegokolwiek
nadzoru – żyć, nie umierać, a jednak Tan nadal nie jest w pełni zadowolony.
Chce za wszelką cenę wrócić w swoje rodzinne strony i nieoczekiwanie nadarza mu się ku temu dobra okazja.
Eun Sang (Park Shin Hye), osiemnastolatka bez grosza przy duszy, prosta,
bardzo pracowita dziewczyna z wielkim zapałem, mieszka razem z matką – niemową
i obie ledwo wiążą koniec z końcem. W sekrecie przed rodzicielką Eun Sang
postanawia wybrać się do Ameryki, by prosić swoją mieszkającą tam siostrę o
jakieś finansowe wsparcie. Kiedy jednak przybywa na miejsce, przeżywa ogromny zawód,
ponieważ jej siostra okazuje się oszustką i bankrutką. Los jednak uśmiecha się
do dziewczyny i pcha ją prosto w ramiona bogatego, znudzonego swoim do bólu idealnym
życiem Kim Tana, a ten z ochotą oferuje jej pomoc. Wtedy zaczyna się
prawdziwa akcja, wzloty i upadki relacji tej dwójki pochodzących z zupełnie
różnych klas społecznych i całkowicie inaczej wychowanych ludzi.
Później następuje wiele zaskakujących jak i mniej
zaskakujących zwrotów akcji, pojawiają się różnorodni bohaterowie, jak choćby
Rachel - rozkapryszona narzeczona Kim Tana, Choi Young Do (mój absolutny faworyt z całego serialu, Kim Woobin moim zdaniem odwalił kawał dobrej roboty,
wcielając się w czarny charakter) oraz Bo Na, kolejna rywalka Eun Sang, grana
przez Krystal, wokalistkę sławnego zespołu kpopowego f(x). Całość jest dość zgrabnie
wpleciona w realia społeczeństwa arystokratów z otoczką bogatą w zdrady,
romanse, oraz różne dziwne powiązania rodzinne i nie tylko krewnych Kim Tana.
Serial przypominał mi trochę dużo łagodniejszą wersję
amerykańskiej „Plotkary” (Eun Sang to świetny materiał na Dana, Kim Tan od biedy
mógłby zostać porównany do Sereny van der Woodsen, a Young Do – Chuck, tak,
Chuck! ♥), ale jednak wiele mu brakowało do rangi tej znanej produkcji. Na pewno „The
Heirs” jest ciekawą odskocznią od powtarzającego się w dramach non stop, spranego już schematu.
Ta seria wprowadza widoczną świeżość i potrafi wciągnąć. Na pewno został na nią
też poświęcony spory budżet. Jedyne, do czego muszę się przyczepić, to – jak zwykle
– zachowanie głównej bohaterki, które czasem doprowadzało mnie do szału, bo nie
dało się go wyjaśnić żadnym prawem logiki. Cóż, na pewno mogę polecić ten
serial wszystkim fanom Lee Minho, ponieważ naprawdę zyskał on w moich oczach. Jest
to z całą pewnością pozycja, której warto dać szansę.






.jpg)









